Moje szczęścia małe dwa...
RSS
wtorek, 22 lutego 2011
Sto lat córeczko;)))

Rok temu o tej porze dnia dzielnie walczyłam na porodówce. Wszystko się zaczęło o 2.oo w nocy z niedzieli na poniedziałek. O 7.oo kazałam D. zawieźć się do szpitala. Koło południa wszyscy (czyt. położne i lekarze) mówili mi, że już jestem na finiszu, że osiem cm rozwarcia... Cieszyłam się, że za kilka chwil zobaczę moją kruszynkę. Nikt nie przypuszczał, że te klika chwil potrwa do późnych godzin wieczornych. Dunia pojawiła się na świecie tuż przed 22.oo. Całe szczęście D. był ze mną cały czas, nie odstępował mnie na krok i czuwał, by było nam dobrze. Ostatnie 5 godzin byłam podłączona do kroplówki z oksytocyną, miałam już pełne rozwarcie, skurcze szły co 2 minuty, trwały po 90 s (D. liczył je z zegarkiem w ręku). Miałam wrażenie, że w ogóle nie mijają, a idą ciągłą falą, już zaczynało mi brakować sił, a lekarze stwierdzili, że dają mi kolejne dwie godziny i jak wtedy nie urodzę, to się zastanowią, co ze mną zrobić.  Prosiłam o cesarkę, ale nie chcieli mi jej zrobić, za to powiedzieli, że jak mała się nie wstawi to użyją vaccum. Wtedy D. wkroczył do akcji, nawrzeszczał na lekarza, że jak chcą użyć to cholerne vaccum, a ja mam im pomóc i przeć (wtedy dzieci nie mają takich obrzęków na główkach), to niech to zrobią teraz, bo za dwie godziny to już w ogóle nie dam rady. Lekarze wzięli się do roboty, ja parłam jak wariatka. Nie miało dla mnie znaczenia, czy popękam, czy mnie rozerwie, że wokół nagle zrobił się tłum lekarzy, pielęgniarek, położnych. Chciałam, by moja dziecinka już była na świecie, cała i zdrowa. Trzy parcia i już tuliłam małą do siebie. Jak później tłumaczył mi mój ginekolog, nie urodziłabym sama, bo Dunia źle była ułożona i każda kolejna godzina, to był ogromny wysiłek dla mnie, ale przede wszystkim dla mojej córeczki;( Już około 16.00/ 17.00 gdy przy pełnym rozwarciu nie odczuwałam skurczy jako partych powinni lekarze się zastanowić, co jest tego przyczyną. Problem twkił w ułożeniu małej i tym, że nadal, mimo tak długo trwającego porodu, nie wstawiła dotąd główki w kanał rodny. Już wtedy nie powinni podłączać mnie pod oksytocynę, a zrobić cesarkę albo użyć vaccum. Położna środowiskowa, która do mnie przychodziła postraszyła mnie, że przy takim ułożeniu małej , każda kolejna kroplówka groziła tym, że przez to, iż skurcze macicy stawały się coraz silniejsze, a dziecko nie mogło się z niej wydostać, to mogło dojść do pęknięcia macicy, a wtedy życie moje i Nadusi byłoby poważnie zagrożone;((( Ale w szpitalu, w którym rodziłam, wychodziło się z założenia, że poród naturalny jest najlepszy, a ja - jako pierworódka - mogę rodzić i rodzić...

Teraz wspomnienie porodu jest przyćmione woalką czasu, a obok mnie śpi cudowna Nadunia. Moje kochane słoneczko, które swym istnieniem rozjaśniło nasz - mój i D. - świat. Nie wyobrażamy sobie, by mogło jej nie być:) I mimo ciężkiego, długiego porodu, nie wyobrażamy sobie, by Dusia była jedynaczką. W niedalekiej przyszłości na pewno postaramy się o rodzeństwo dla naszej Małej Księżniczki;)))

A tymczasem... Dziś będziemy dmuchać świeczkę na torciku, malutkim... Bo prawdziwy tort, z imprezą urodzinową będziemy pałaszować w sobotę, w gronie babć, dziadków i pradziadków, cioć i wujków. Ot, taka mała, ale jaka wyjątkowa uroczystość:)))

Moja niunia 2 dni po porodzie;)

2 dni po porodzie

A to aktualne zdjęcie mojej kruszynki;)))

dziś

Najlepsze życzenia słoneczko, samych beztroskich dni,

niech dziecińswto upływa Ci na zabawie, radości:)

Kochamy Cię najbardziej na świecie!!!

Mama i Tata

15:18, nastusia81
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 21 lutego 2011
Weekend pełen wrażeń...

Weekend pracowicie nam minął. Wysprzątanie 90m2 jest nielada wyzwaniem przy opiece nad ruchliwą Dusią. Tym bardziej, że mała chce wszystko zobaczyć, wszystkiego dotknąć, a najlepiej posmakować, do buzi wsadzić... Ciężko było, ale daliśmy radę:)

Poza tym wyciągnęłam mężusia do IKEI, a ponieważ jestem zagorzałą ikeoholiczką (do czego przyznaję się otwarcie i bez bicia),wypad sprawił mi ogromną frajdę... tym bardziej, że zakupiliśmy piękne garnki, formę do tarty i blachę do ciasta;) To tak na poczet moich ostatnio rozbujałych skłonności kulinarnych - to przez Ciebie Jolu - Mamo Olka i te Twoje pyszności, które serwujesz na swoim blogu;)))

Po powrocie do domu skręcaliśmy w ubikacji szafkę wiszącą. D. wcześniej wymierzył wymiary, w tygodniu pojechaliśmy do stolarza, dechy docięliśmy, kupę żelastwa zakupiliśmy (śrubki, wkręty, haki, zawiasy...) i w niedzielne popołudnie zabraliśmy się do roboty. To tak na wypadek, gdyby wpadł nam do głowy jakiś sposób na przyjemniejsze spędzanie czasu;) Oczywiście pomocnica Dusia nie darowałaby sobie, gdyby nie brała udziału w montowaniu, bądź co bądź dość okazałej szafki - biorąc pod uwagę jej 70cm wzrostu oczywiście;) Namęczyliśmy się, napociliśmy, ale udało nam się sukces osiągnąć:) No dobra, głównie to mężuś się męczył i pocił, ale ja z Dusią dzielnie mu pomagałyśmy;)

No i na koniec pracowitego weekendu postanowiłam sobie zrobić takie małe domowe SPA, kąpiel wzięłam, maniciure i prdiciure, a na koniec postanowiłam włosy pofarbować. No i tu zaczął się koszmar;((( Nie wiem, jakie doświadczenia w tej kwestii mają inne kobiety, ale moje włosy od czasu ciąży żyją swoim własnym życiem. I to wcale nie w symbiozie ze mną;( Ta kupa martwej tkanki od tego czasu ewidentnie na złość mi robi! Z natury blondynką jestem, ale gdzieś tak na początku trzeciej dekady życia me włosy jakieś takie szare - bure się zrobiły, więc im troszkę pomagałam, nadając bardziej złocisty odcień blondu. W ciąży jednak hormony szalały i odrosty nie blond rosły, a prawie czarne!!! I nic ich nie chciało pokryć, kompletnie nic;( Do tego reszta przy jakiejkolwiek próbie nałożenia farby (oczywiście bez amoniaku, by dzidzi nie szkodzić) w żółto - nie wiadomo jakie plamy się robiła;((( Po narodzinach Dusi położyłam raz jeden jedyny farbę w odcieniu jasnego brązu, tak by jakoś wyrównać te kurczakowe tony na mej łepetynie. Efekt był zaskakująco dobry, ale po jakimś czasie postanowiam wrócić do blondu (troszkę z sentymentu, troszkę dla męża, bo najbardziej lubił mnie jako blondi). No i kurka nici;((( Żadna farba, nawet najjaśniejszy blond, nie kryje mego brązu;( Wczoraj położyłam bardzo bardzo jasny perłowy blond i co mi wyszło? Brąz pozostał z odcieniami żółci i złota z rudawymi refleksami. I takim sposobem na pierwszych urodzinkach Dusi będę miała  na głowie wszystkie kolory tęczy. Nie ma co, za klauna mogę robić i nawet peruki nie potrzebuję...

22:06, nastusia81
Link Komentarze (4) »
środa, 16 lutego 2011
Pierwsze cztery kroczki:)))

Od kilku dni D. małej ćwiczenia urządza, prowadza ją po całym mieszkaniu, trzymając za rączki, bądź za jedną - jeśli Dusiek ma akurat na to chęci. Chodzik poszedł praktycznie całkowicie w odstawkę, bo na nóżkach Dunia dotrze dalej, w bardziej niedostępne miejsca, a jej rączki większy zakres możłiwości mają;)

Dziś nastąpił wielki przełom i obawiam się, że to początek końca mojej wolności. Otóż w czasie zabawy z tatą i kolejnych ćwiczeń, wśród śmiechów, wrzasków, pisków i radości, moje dziecię - nawet nie wiadomo kiedy i jak - poczyniło cztery kroczki naprzód - samodzielnie, bez niczyjej pomocy;)))  Tadam! Jeden kroczek, stop, balans dla uchwycenia równowagi, drugi kroczek, stop, balans... i tak jeszcze dwa razy powtórka z rozrywki;))) Maleńka chwiejnym kroczkiem pokonała dystans od ławy do telewizora, nóżka za nóżką, niepewnie, powolutku, ale zupełnie samodzielnie;))) Obserwowałam ją z dumą i zachwytem, niesamowite uczucie zobaczyć swoje dziecko, jak zdobywa nową umiejętność:)  Jednocześnie jakoś smutno mi się zrobiło troszeczkę... Kolejna nić symbiozy  łączącej ją z mamą ledwo wisi na włosku i lada dzień zostanie przerwana.  Już nie będzie taka zależna ode mnie, tam gdzie będzie chciała dotrze o własnych siłach. Być może do swoich urodzin (to już niecały tydzień) maleńka będzie sama chodzić:)

21:51, nastusia81
Link Komentarze (7) »
wtorek, 15 lutego 2011
Wstępna diagnoza...

Odwiedziliśmy dziś ciocię G. w jej pracy. Powód - siostra pracuje w prywatnym gabinecie okulistyki i dermatologii. Pani doktor zgodziła się uprzejmie przyjąć nas i obejrzeć liszajowate zmiany skórne, które ostatnio wylazły na ciele Misi w ilości sztuk 4 - na pleckach, ramionku, nadgarstku i policzku. Są to niewielkie placki, rozmiarami przypominające ziarenka kawy. W przychodni pediatra zasugerowała alergię, ale mi to nie dawało spokoju, do wizyty u alergologa jeszcze trochę czasu, więc zdecydowaliśmy się na wizytę u pani dermatolog. Tym bardziej, że zmiany (smarowane Alantanem) z dnia na dzień stają się bledsze, mniejsze, mniej uwypuklone, więc zachodziła obawa, że za dwa tygodnie nie mielibyśmy co pokazać w poradni alergologicznej. Lekarka obejrzała Dunię, wywiad zrobiła i... wg niej te liszaje to odczyn alergiczny, ale nie na białko mleka krowiego (nie pasował jej wygląd zmian, ich umiejscowienie i reakcja na dotyk), a raczej odpowiedź organizmu na przebytą wirusową bądź bakteryjną infekcję. Druga opcja jest taka, że obecnie w ciele Dusi jest jakieś ognisko zapalne i ono sieje i daje objawy w postaci tych liszajków. Faktycznie to może być racja, bo przecież D. chorował od połowy listopada, później ja, no i Dunia święta i nowy rok spedziła pod znakiem ostrego przeziębienia, także prawie dwa miesiące była wystawiona na styczność z bakteriami i wirusami. Jeśli teraz ją coś atakuje od środka, a nie daje objawów chorobowych na zewnątrz, to ilość liszajków ulegnie zwiększeniu. Poza tym wyjdzie to w badaniach krwi i moczu, które jedziemy zrobić w poniedziałek. Czekamy zatem na wyniki i spotkanie z panią alergolog, i zobaczymy, czy potwierdzi diagnozę, którą dziś usłyszeliśmy...

A z innej beczki... Dusiek nadal strajkuje i nie chce pić mieszanki. Trzy dni trwała nasza radość, gdy dziecię nasze popijało Bebilon z butelki. Tyle pozwoliła nam się cieszyć, a mnie łudzić, że może uda mi się ją mniej boleśnie od piersi odstawić. Teraz od 3 dni nie tyka mieszanki. Jak na razie zaniechałam prób, bo tyko młodą to wkurza, butlą rzuca i w płacz uderza. Może za dwa tygodnie alergolog stwierdzi, że mała nie jest uczulona na białko mleka krowiego i powoli będziemy mogli wprowadzić małej jogurciki i twarożki. Czas pokaże... Jak na razie cycuś nadal w użyciu i nic nie zapowiada zmian w tej kwestii - przynajmniej jeżeli chodzi o upodobania mojej córci;)

21:51, nastusia81
Link Komentarze (1) »
niedziela, 13 lutego 2011
Co w maminej głowie siedzi...

Ostatnio Hanulka napisała, że tylko jeden temat jej w głowie, tylko o dziewczynkach pisze, tylko o nich mówi... A ja doskonale wiem, co ma na myśli... Mamy już tak mają, że czasami ciężko im opiekować się swoimi dzieciątkami, czasami sił im brakuje i marzą o odrobinie spokoju i wytchnienia, ale ich serca, myśli i uczucia należą do owych małych istotek i bez nich nie wyobrażają już sobie życia. Ja też tak mam:) I wcale się tego nie wstydzę. Uwielbiam swoją córcię, jej uśmiech, jej zachwyt, zdziwienie, zaskoczenie, radość, gdy odkrywa coś fascynującego... Jej cieplutką, małą i pulchniutką rączkę na mojej szyi, gdy nocą się we mnie wtula... Jej policzek przytulony do mej piersi, spokojny oddech, gdy zasypia w mych ramionach... I choć czasami mam wrażenie, że pochłania mnie całą, calutką, że gdzieś po drodze zagubiłam siebie, to nie zamieniłabym swojego życia na inne. Wystarczy, że Dunia podejdzie do mnie i sama z siebie, nieproszona się przytuli, prześle całusa, albo pogłaszcze po twarzy (tego nauczyła się ostatnio:)) i już zapominam o trudnych chwilach, o zmęczeniu czy nieprzespanej nocy. Moje dziecko przyszło na świat, bo ja je tu zaprosiłam. Moja córka mnie potrzebuje, więc będę otwarta na jej potrzeby i pragnienia (co na tym etapie rozwoju jest praktycznie tożsame). Mój skarbek, moje słoneczko;) Dzieci rosną tak szybko... Ani się obejrzymy, a pójdą w świat. A zanim to nastąpi, chcę Dusi dać z siebie wszystko, co tylko możliwe... By wyrosła na odważną, ciekawą świata małą dziewczynkę, a później stała się pewną siebie i swoich możliwości kobietą. By, gdy będzie jej źle, wracała do wspomnień z dzieciństwa i z nich czerpała siłę, by zawsze wiedziała, że jestem gdzieś obok, gotowa nieść pomoc i wsparcie, choćby samą swoją obecnością. By nie bała się ludzi i umiała walczyć o swoje szczęście i to, co dla niej naprawdę ważne. By w życiu obierała sobie cele i sukcesywnie do nich dążyła, by wzbogacała się przez ich wytrwałe zdobywanie, a nie samo osiągnięcie...

To takie moje małe pragnienie:)

16:43, nastusia81
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3