Moje szczęścia małe dwa...
RSS
czwartek, 30 grudnia 2010
Tylko mnie szczujesz i nic więcej...

... powiedział mój mąż, gdy wczoraj wieczorem zobaczył mnie w nowej piżamce - prezencie gwiazdkowym od siostry. Nie wiem, co go tak pociągało w nowym nabytku, gdyż piżamka spotrowa jest, gatki z nogawkami 3/4, bluza z długim rękawem... No chyba, że mały renifer z czerwonym nosem, czający się przy prawym mym boku tak podziałał na jego wyobraźnię;))) Podejrzewam jednak, że majaczył biedak, bo znowu choróbsko go dopadło - trzeci raz w ciągu półtora miesiąca:( Katar, kaszel, stan podgorączkowy... Kicha, prycha, ledwo widzi... Zapewne to jest przyczyna jego "pociągającego" spojrzenia na mój gwiazdkowy prezencik:)

Dusia czuje się lepiej. Jeszcze czasem męczy ją potworny kaszel, katar ma niemiłosierny, ale jakby energię i chęć do życia (czyt. rozrabiania) odzyskała. Utrzymać jej w jednym miejscu nie mogę. Zastanawiam się, co firmy farmaceutyczne do lekarstw dla dzieci dodają? Już dwie dawki antybiotyku zapowiadały powrót do zdrowia, a dziś - po czterech dawkach - mała wykazuje zapędy na maratończyka, włazi gdzie się da, kszesła przesuwa, zabawki fruwają po całym pokoju... Sapie przy tym, stęka, ale brnie do przodu. Tylko apetytu jeszcze nie odzyskała;( Na szczęście pije dużo. Myślę więc, że jedzeniem zainteresuje się niedługo. W końcu wysiłek fizyczny ma nie lada, więc i głodna też się zrobi.

Nic, biegnę sprawdzić, czy dziecię salonu nie zdemolowało i zrobić herbatkę dla chorego męża. W końcu nic tak ulgi nie przynosi jak kubek gorącego napoju z miodkiem i cytrynką:)

13:15, nastusia81
Link Komentarze (3) »
wtorek, 28 grudnia 2010
Moja przyjaciółka Frida...

Dzisiejszej nocy byłam całkowicie bezradna wobec choroby córci. Jak tylko próbowałam ją położyć do łóżeczka dostawała napady takiego kaszlu, że ledwo oddech łapała, ksztusiła sie niemiłosiernie, nawet siły płakać nie miała. Nosiłam więc Nadusię na rękach (pionowo) prawie do rana, czasem przysiadłam na chwilę w fotelu, ledwo przytomna próbowałam nie upuścić mojego choruszka... Ale przynajmniej okruszek choć troszkę snu złapał. Jej ciałkiem już tak kaszel nie wzdrygał, a wydzielina z noska swobodnie wypływała z maleńkich dziurek. Ledwo chusteczek mi starczyło, by ją nadążyć wycierać...

Natura źle to wymyśliła. Takie maluszki nie powinny chorować. Bo niby jak mają sobie poradzić z odksztuszaniem wydzieliny spływającej im do gardła, skoro nie potrafią wypluwać tego paskudztwa? Jak mają udrożnić sobie noski, skoro nie potrafią ich dmuchać? Dorosły, gdy złapie go przeziębienie, jest umęczony kaszlem i katarem, a co dopiero taki osesek. I jak tu pomóc małemu człowiekowi stawić czoła chorobie?

Właśnie dlatego nad ranem zaprzyjaźniłam się z Fridą. Dzięki niej jestem w stanie choć na chwilę umożliwić Dusi normalne oddychanie. Fridą odciągam z jej noska ogromne ilości wydzieliny. Nie mam pojęcia, jak w takich małych zatokach może się tyle mieścić!!! Dunia na początku ostro protestowała, wyrywała się, wyginała, nie chciała przyjąć Fridy w poczet swoich znajomych. Jednak po kilku z nią spotkaniach chyba doszła do wniosku, że fajna z niej kumpela, że mimo swojej uciążliwości i niezbyt miłego sposobu bycia, pomóc porafi. Taka sobie mała, niepozorna Frida...

15:52, nastusia81
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 27 grudnia 2010
Święta, święta i po świętach...

Na długo przed świętami wyobrażałam sobie, jak będą one w tym roku wyglądały. Prawda jest taka, że człowiek wyobraża sobie, jak to będzie, snuje plany, przygotowuje się do tej wyjątkowej chwili, a życie i tak pisze swój scenariusz...

Z racji tego, że to pierwsze Boże Narodzenie Duni, postanowiłam przygotować wigilię w naszym damu. Choć zdaję sobie sprawę z tego, że mała nie będzie pamiętać tych świąt, chciałam, by było wyjątkowo. Zjechali się dziadkowie, babcie, ciocie i wujkowie. Wigilia była wspaniała, choć zabrakło przy stole pradziadków Misi. Moja babcia nie dojechała ze względu na szaleństwo, jakie opanowało polską kolej. Do przejechania miała 200km i bała się kobiecina, że stanie gdzieś w polu i będzie koczowała tam przez kilka godzin, więc została w domu ze swoim najmłodszym synem i jego rodzinką. Dziadkowie D. nie przyszli, bo babcia chowa w sobie jakiś uraz, nie wiadomo do kogo i za co. Nie potrafili nawet na czas świąt zrezygnować ze swojego zacietrzewienia. Woleli spędzić wigilię we dwoje, zamiast z nami wszystkimi przy stole. Przykre, tym bardziej, że Misia jest jej jedyną prawnuczką...

W czwartek odebraliśmy wyniki - kiepska hemoglobina, żelazo przy dolnej granicy, duży rozpad krwinek czerwonych, podwyższone  OB. Ewidentnie wskaźniki wskazywały na jakiś stan zapalny, ale pani doktor powiedziałą, że dzieci czasem tak mają, bez objawów chorobowych. A brak łaknienia, słabe przybieranie na wadze, zatkany nosek, o czym informowałam lekarkę,  to nie są objawy chorobowe?

Tak więc wigilię spędziliśmy w gronie najbliższych i nawet Dunia czuła się nie najgorzej. Troszkę pokasływała, ale ogólnie miała dobry humor. Była w centrum zainteresowania całej rodziny i to na niej skupiała się uwaga wszystkich gości. Nic nie zapowiadało tego, że będziemy musieli zmienić plany na pierwszy i drugi dzień świąt (mieliśmy jeden dzien świąt spędzić u moich rodziców, a drugi u rodziców D.). W sobotę Dusia obudziła się ze stanem podgorączkowym, z noska jej ciurkiem leciał katar, oddychać nie mogła. Mimo to resztkami sił próbowała się uśmiechać. Jakby nie chciała nas martwić. Z godziny na godzinę czuła sie coraz gorzej. W niedzielę jej stan się nie poprawił. Najgorsze są noce. Mała, jak tylko ją położymy zaczyna okropnie kaszleć, nie jest w stanie oddychać. Tak więc nosiliśmy ją na rękach albo kładliśmy się w pozycji półsiedzącej a ją na naszych klatkach piersiowych. Tylko wtedy maleńka była w stanie oddech chwycić. Tak spędziliśmy święta...

Dziś idziemy ponownie do lekarza. Mam nadzieję, że tym razem nie będą na mnie patrzeć jak na histeryczkę i potraktują poważnie objawy chorobowe u Dusi. Gdy byłam w przychodni w czwartek (po poniedziałkowej wizycie i aplokowaniu małej leków przez 4 dni nie było popawy), miałam wrażenie, że panie w recepcji i lekarka biorą mnie za matkę przewrażliwioną i zapewne po moim wyjściu pukały się w głowę. Ciekawe co dzisiaj powiedzą, gdy zobaczą małą taką zakatarzoną, z podkrążonymi oczami, kaszlącą tak, że ma się wrażenie, że zaraz płuca wypluje... Może znowu stwierdzą, że panikuję?

 

*************************************************

 

Już po wizycie... Dziś przyjęła nas inna pani doktor i co się okazało? Wcale matką przewrażliwioną nie jestem. Duni infekcja rozhulała się na dobre. Migdały wielkie, ropne, zatoki zawalone. No i skończyło się na antybiotyku:((( Problem w tym, że w zeszłym tygodniu mała dostała 3 syropy do łyknięcia 3  razy dziennie i obecnie odmawia ich picia, a antybiotyk też jest w syropie:( Na szczęście ma go łykać tylko raz dziennie. Może uda mi się jakoś go przemycić...


15:10, nastusia81
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 20 grudnia 2010
Zmartwienie...

Byłam dziś z Dunią w przychodni, bo "furczy" jej coś w nosku i utrudnia oddychanie, szczególnie w nocy:( Próbowałam odciągać Fridą wydzielinkę, ale nosek czysty, a mimo to świszczący. Okazało się, że być może doszło u Misi do infekcji górnych dróg oddechowych (zatoki) i musi dostać antybiotyk w kropelkach do noska. Prawdopodobnie jej organizm walczył z wirusami, gdy ja i D. byliśmy chorzy, ale nie do końca sobie poradził:( Ale nie to mnie martwi najbardziej...

Pani doktor kazała zważyć Dunię i okazało się, że mała w ciągu prawie miesiąca przybrała tylko 100g (powinna około 500g). Zdziwił mnie wynik ważenia, bo od poprzedniego pomiaru wciskam w małą kaszki, jogurty, bardziej kaloryczne obiadki. Dusia je znacznie więcej niż wcześniej, a przyrost masy ma taki mizerny, jeszcze mniejszy niż w poprzednim miesiącu... Zaniepokoiło to też panią doktor i dała nam przekaz na szereg badań. W środę idziemy zrobić morfologię i ob, poziom żelaza we krwi i posiew z moczu. Później zobaczymy, co dalej. Martwię się trochę... Mam jednak nadzieję, że to nic poważnego, tym bardziej, że Dunia nie ma żadnych objawów chorobowych, jest pogodna, radosna, ma większy apetyt... Może taka jej uroda? Może odziedziczyła filigranową budowę po tatusiu?

23:41, nastusia81
Link Komentarze (3) »
sobota, 18 grudnia 2010
Szlag mnie trafia...

Wczoraj witaaminkaa zamieściła na swoim blogu adres strony o małej Laurce. Zajrzałam na blog o tej małej kruszynce... Mimo, że na co dzień pracuję z dziećmi i dorosłymi niepełnosprawnymi (poprawka - obecnie jestem na urlopie wychowawczym) myślałam, że przez te wszystkie lata uodporniłam się na tego rodzaju informacje. Nie zrozumcie mnie źle. Po prostu każdy z terapeutów zajęciowych musi w sobie coś takiego wypracować, bo w innym wypadku nie będzie w stanie skupić się na terapii. Empatia jest jak najbardziej wskazana, ale współczucie nie jest w tym wypadku dobrym doradcą. Jednak okazało się, że macierzyństwo wszystko zmienia... Czytałam linijka po linijce o trudach, jakie życie stawia przed Laurą i jej rodzicami, a łzy same płynęły mi po policzkach... W takich momentach człowiek docenia, jak wielkim szczęściem jest posiadanie zdrowego dziecka, a wszelkie ciężkie chwile stają się mało ważne w obliczu takiego cierpienia... Mama dziewczynki jawnie prosi o pomoc, podaje konta, na które można dokonać wpłat, by wspomóc rehabilitację jej córeczki. I to jest jak najbardziej ok. Kto może, niech wpłaca, kto nie - niech chociaż modli się za tę rodzinę i ma ich w swoich myślach...

I tu zaczyna się temat, który miałam poruszyć na poczatku wpisu. Dlaczego szlag mnie trafia? Otóż białej gorączki dostaję, gdy ludzie perfidnie próbują grać na uczuciach innych ludzi. A przed świętami staje się to nagminne i permanentne. Łazi po domach jeden z drugim i rzekomo zbiera pieniądze na dzieci niepełnosprawne. A ludziska, natchnione bądź dobrocią serca, bądź duchem zbliżających się świąt, otwierają portfele i wyciągają nie tylko ostatnie zaskórniaki, ale też i konkretne kwoty, licząc na to, że pomagają bardziej potrzebującym. Tym sposobem oszuści zbierają mnóstwo pieniędzy, które nigdy nie trafią do rzekomych potrzebujących! A jak darczyńca się zorientuje, że został oszukany, to następnym razem już nie wrzuci do puszki nawet złotówki! A takich dzieci jak Laurka są miliony;(((

Właśnie dziś zapukał taki delikwent do moich drzwi. Stoi przede mną, wyelegantowany, z teczuszką w ręce, z płytą CD w drugiej i próbuje mnie namówić na złożenie datku dla dzieci z zespołem Downa z naszego miasta. W zamian otrzymam płytę z pięknymi kolędami i pastorałkami. Biedak - nie wiedział, na kogo trafił. A ja, terapeutka pracująca w tego rodzaju placówkach, doskonale wiem, że jako organizacje pozarządowe, takie stowarzyszenia nie mają prawa robić żadnych, podkreślam, ŻADNYCH zbiórek pieniędzy!!! Wątpię, czy jakiekolwiek stowarzyszenie, nieważne na rzecz jakich dzieci działające, zdecydowałoby się na ten krok, ściągając na siebie ogromne komplikacje. Fiskus i nie tylko on, wiedziałby, jak ściągnąć od nich podatek od wzbogacenia łącznie z odsetkami, a to zniszczyłoby tę organizację. No więc grzecznie pytam Pana, o dane personalne, dokładną nazwę i aders stowarzyszenia, na rzecz którego zbiera pieniądze. Pan się zmieszał, więc mówię mu, że znam kierowniczkę ośrodka  dla dzieci z zespołem Downa i nie omieszkam pogratulować jej zaradnego pracownika. Facet zrobił się purpurowy na twarzy, nawet "do widzenia" nie powiedział i sobie poszedł. Wkurzają mnie tacy ludzie strasznie, bo oszkujują innych. A najbardziej cierpią podopieczni takich ośrodków.

Dlatego przestrzegam wszystkich, by dobrze sprawdzali osoby, którym dają pieniądze. Bo takie zbiórki mogą prowadzić tylko i wyłącznie fundacje. Najlepiej poprosić o nr konta bankowego, na który można osobiście wpłacić pieniądze. Wówczas zawsze można upewnić się, czy podane konto faktycznie należy do danej organizacji. Wtedy mamy pewność, że darowizna trafi we właściwe ręce... Że  jakieś dziecko otrzyma pomoc:)

21:24, nastusia81
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3