Moje szczęścia małe dwa...
RSS
czwartek, 29 grudnia 2011
Połowinki;)

Ostatnio coś na tym moim blogu jakoś ponuro, tylko narzekam, marudzę i psioczę. Fakt, mogę sobie to tłumaczyć mym stanem odmiennym, wszak ciężarówki humorzaste ponoć są. Jednak ja z reguły staram się mimo wszystko pozytywnie myśleć, więc i dzisiaj o pozytywach będzie...

Połowniki obchodzimy;) Uwierzycie? Ja nie mogę. Mały Ktoś od 20 tygodni gości w moim brzuchu i jak na razie ma się dobrze;) Ja też - od czasu, gdy mdłości i chroniczne zmęczenie mnie opuściły na dobre;) Jakoś wierzyć mi się nie chce, że to już półmetek. Kiedy? Jak? To po prostu niemożliwe!!! O matko, to oznacza, że jeszcze TYLKO 20 tygodni i kruszynka na świecie się pojawi - mam nadzieję, że łatwiej nam pójdzie, niż za pierwszym razem;) Przed świętami czasu nie było, więc nie pisałam za dużo, ale od dwóch tygodni Ktoś daje o sobie znać kopniakami i to całkiem mocnymi, jak na takiego malucha. Faktycznie łatwiej i szybciej wyczułam jego ruchy, niż w ciąży z Dusieńką. O tyle to fajne, że w końcu ciąża stała się namacalna, bardziej realna;) Uwielbiam to po prostu;))) 

No, ale z tą "namacalnością" ciąży to troszkę skłamałam. Jakoś tym razem znacznie szybciej brzuszek mi wyskoczył, z czego nota bene mój mężuś cieszy się okropnie i powtarza, że przynajmniej teraz wie na 100%, że dzidzia tam zamieszkała, bo w przypadku Naduśki zaczęłam "rosnąć" na przełomie 6 - 7 miesiąca i wiele osób nie chciało wierzyć, że w ogóle w ciąży jestem. Aktualnie chyba nikt wątpliwości mieć nie może;) I wcale a wcale mi nie przeszkadza owa kuleczka, którą przed sobą noszę. Zastanawiam się tylko, co będzie dalej, skoro jeszcze tyle czasu do rozwiązania... 

Madunia przyjęła do wiadomości, że teraz już nie można skakać po mamusi. Często przytula się do mego brzuszka, głaszcze go i "pierdzioszki" mu sprzedaje. Mówi, że to "dla dzidzi". Jest taka kochana. Przy czym swym małym rozumkiem chyba coś przeczuwa, bo jakby bardziej przytulaśna się zrobiła. Ciągle tylko "mamusiu tuli tuli" "buzi, buzi daj". Nawet w nocy, gdy się przebudzi najszybciej uspokoi się i zaśnie wtulona w me ramiona, a przecież już od tylu miesięcy sama zasypiała w swoim łóżeczku i całe noce przesypiała... ja - choć te nocne pobudki znacznie mnie męczą, bo czasem nawet 5 - 6 razy wstaję do małej - staram się jej dawać tyle czułości, ile się domaga, bo wiem, że niedługo czasu na tego rodzaju pieszczoty będę miała znacznie mniej. Mam nadzieję, że uda mi się jakoś "podzielić" między moje dwa słoneczka, no i żeby co nieco i dla męża zostało;)

A nasz Ktoś - uparciuch nieziemski. Ma coś wspólnego ze starszą siostrą, bo tak jak ona długo nie chce nam zdradzić, kim jest. Lekarz na ostatniej wizycie, tuż przed świętami niby siusiaka nie widział, ale mówi, że na 100% nic nie powie, bo dzidziuś tak się wierci i układa, że trudno dojrzeć, co chowa między nóżkami. Mąż więc jeszcze do styczniowej wizyty może mieć nadzieję, że jednak kobieca przewaga w naszym domu zmaleje, a nie się powiększy, choć tak naprawdę obojgu nam wszystko jedno, czy to będzie chłopiec, czy dziewczynka, byle zdrowe dziecię się urodziło. Ale o tym to chyba marzą wszyscy rodzice... Zatem czekamy do 10 stycznia i zobaczymy, co nam los zgotował;)

21:55, nastusia81
Link Komentarze (7) »
wtorek, 27 grudnia 2011
Święta, świeta i po świetach...

Minęły tak szybko, że nawet nie wiem, kiedy. I choć miła atmosfera panowała przez wszystkie te dni, było fajnie, ciepło i rodzinnie, to ja nie do końca mogłam się nacieszyć owym klimatem. Mąż jednak sprzedał mi choróbsko i w Wigilię po południu zaczęłam się źle czuć, a po wieczerzy to już z nosa ciekło mi ciurkiem:/ Pierwszy dzień Świąt przywitał mnie bólem gardła i toną zasmarkanych chusteczek. Mimo to postanowiłam przyłączyć się do rodzinki, która twardo obstawała przy tym, iż moje mikroby ich nie zaatakują. tylko Dunię trzymałam na dystans, ozdrowiały maż przejął obowiązki opiekuńcze, gdyż nie chciałam jej zarazić. Rodzice, teściowie nie chcieli słyszeć, byśmy samotnie spędzali święta. Kochani... Tylko moja babcia nie potrafiła zrozumieć, że czasami musiałam odpuścić i odpocząć troszkę w pieleszczach łóżkowych. Bo przecież ona przyjechała specjalnie do nas, tak długo się nie widzieliśmy, więc dlaczego bym miała leżeć w łóżku??? Zresztą już sam fakt, jak zareagowała na wieść o tym, że spodziewamy się dzidziusia był dla mnie przykry. Mówię jej, że w maju zostanie po raz kolejny prababcią, a ona na to - cytuję - "łe tam". "Fajnie, że się cieszysz razem z nami" - odpowiedziałam i poszłam mamie pomóc w kuchni, żeby się nie rozpłakać. Babcie chyba tak mają, bo i babcia D. zirytowała mnie strasznie. Ludzka głupota nie zna po prostu granic;((( D. chciał zabrać Dusię do pradziadków, by wypić z nimi kawkę świąteczną i by mała miała z nimi kontakt. Wcześniej zadzwonił i zapytał, czy są zdrowi, padła odpowiedź, że tak, oczywiście. Po czym po tym, jak prababcia wyściskała Dunię, wycałowała, poprzytulała (czego osobiście nie znoszę i dostaję białej gorączki, jak to widzę) oznajmiła, że od kilku dni leczy się uwaga - na gronkowca złocistego, bo zaatakował jej oko, które boli i ropieje strasznie!!! Nosz kurna, to ona nie wie, jakie to paskudztwo??? Wie, że jestem w ciąży i w razie "w" to dla mnie i maluszka duże zagrożenie, wie, że dzieci szybko łapią to cholerstwo, a ona wchodzi w tak bliski kontakt fizyczny z moją córką??? Krew mnie po prostu zalała!!! Może jestem przewrażliwiona, ale ja wiem, jak trudno zwalczyć ową bakterię, gdy na dobre zaatakuje organizm. Kilka lat temu sama toczyłam taką walkę, bo zarazili mnie nim w szpitalu przy wycinaniu migdałów. Ból gardła, mięśni i stawów, stan podgorączkowy, powiększone węzły chłonne i tak przez ponad pół roku. Serie antybiotyków nic nie pomogły, dopiero zastrzyki, dzień w dzień przez ponad 2 miesiące dały rezultaty... Nie chcę, by moje dziecko musiało przez to przechodzić, ani by nienarodzony maluszek musiał zwalczać ową infekcję. Teraz mała jest troszkę niewyraźna, jeśli zacznie chorować, to będę się zastanawiać, czy złapała "tylko" przeziębienie ode mnie, czy może ten cholerny gronkowiec atakuje jej organizm...

No, ale miało być o świętach...

Wigilię spędziliśmy u teściów. Nie powiem było mi trudno, bo to pierwsza moja Wigilia bez rodziców. Ale teście zadbali o miłą atmosferę, także czułam się prawie jak w domu;) Dunia szalała - dostała od Gwiazdora ponad 100 piłeczek (takich do basenu). Fruwały po całym domu, radości, piskom, śmiechom nie było końca;)))

Pierwszy dzień świąt u moich kochanych rodziców. Siostra ze szwagrem, babcia, my... Kolejne prezenty, kolejne pyszności na stole. Godziny spędzone razem. Cudnie. I nawet katar mi zbytnio nie dokuczał, przynajmniej starałam się o nim nie myśleć;)

Drugi dzień świąt od rana zostałam w domu (by odpocząć i sił nabrać), a D. właśnie poszedł z Dusieńką odwiedzić swoich dziadków. Nie chcę o tym nawet myśleć... Po południu natomiast i teście i rodzice odwiedzili nas w naszym domku. Skromnie, tylko kawa, słodkie, bo nie chcieli mnie zamęczyć. Wzięli na siebie zabawianie Dusieńki, co zresztą trudne nie było, zważywszy na mnogość gwiazdkowych prezentów, które na razie absorbują uwagę małej...

I tak zleciał weekend świąteczny. Szkoda, że tak szybko... Mimo kilku niemiłych chwil zaliczam go do udanych. Mam nadzieję, że i Wy miło spędziliście ten czas:)

 

PS. Mamy mnie czytające - czy któraś z Was walczyła z katarem w ciąży? Jak go leczyłyście? Tylko nie piszcie o inhalacjach, bo mi nic nie dają;/  Stosowałyście jakieś leki? Kropelki? Doradźcie kochane, czym mam się ratować, bo do przychodni się dostać to u nas cud większy niż narodziny Jezuska, a do mojego ginekologa dodzwonić się nie mogę. Powiedział mi na wizycie, że Tantum Verde na gardło, Stodal na kaszel i zbijać temp. zanim osiągnie 38st.C, ale o katarze zapomniał, a ja głupia nie dopytałam;/

21:58, nastusia81
Link Komentarze (11) »
wtorek, 20 grudnia 2011
Złośliwość losu;(

Tradycji musi stać się zadość. Jak co roku, od trzech lat, mój mąż tuż przed wigilią łapie jakieś choróbsko;( I tym razem jest dokładnie tak samo. Cztery dni do Wigilii, a D. ledwo zipie i dycha, nos jak u renifera, katar się z nosa leje, łóżko okupuje. Oczywiście, bo jakby mogło być inaczej? Jak zwykle z dokupowaniem i pakowaniem prezentów, sprzątaniem, robieniem zakupów i opieką nad Dusią zostałam sama;( Do tego sama zaczynam się czuć nieciekawie, boję się o małą, żeby się nie rozchorowała...

W zeszłym tygodniu miałam spotkać się z przyjaciółką. Spotkanie nie wypaliło, bo złapała ją jelitówka;( Było mi okropnie smutno i przykro, bo to miało być moje pierwsze wyjście z koleżanką od czasu, gdy Nadunia pojawiła się na świecie. Pierwsze od prawie dwóch lat. Przez ten czas ani razu nie wyszłam z domu bez pociechy, nie licząc zakupów w osiedlowym sklepie po drugiej stronie ulicy. Dziś miałam iść do fryzjera, też nie idę - bo nie zostawię córci pod opieką ledwo żywego męża;(

Jak nie urok, to s...

Chce mi się krzyczeć...

AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!

09:46, nastusia81
Link Komentarze (7) »
wtorek, 13 grudnia 2011
No i stało się...

Przestałam być dwudziestką i dziś rano, tuż przed 6.00 dołączyłam do grona szanownych trzydziestek;) Tak więc żegnaj czasie, gdy mogłam mówić, że jestem szaloną dwudziestką, ale... jakoś mi nie żal. Ta trójeczka z przodu niczego nie zmienia, tylko aż wierzyć mi się nie chce, że od 18 - stki tyle czasu minęło. Mam wrażenie, że to było wczoraj, a tu ponad dekada przeleciała i nawet nie wiem, kiedy? Jak? Przybyło kilka(naście) nadprogramowych kilogramów [i nie mówię tu o kilogramach związanych ze stanem brzemiennym;)], wokół oczu pojawiło się kilka ledwo widocznych kreseczek - kurze łapki jak nic się szykują, a poza tym... Ostatnie lata, to najlepsze lata mojego życia. Zostałam żoną, mamą - niedługo "podwójną", czuję się spełniona, szczęśliwa, zadowolona z tego, co udało mi się dotychczas osiągnąć. Niczego bym nie zmieniła (no może oddałabym komuś odrobinę tłuszczyku z newralgicznych części ciała), niczego nie dodała. I tego życzę sobie na kolejne lata. Bym dalej mogła budzić się rano i mówić sobie, że jestem w tym miejscu, w którym pragnę być...


*************

Mąż wyszedł na spacer z Nadunią, długo ich nie było, już zaczynałam się niepokoić. Już miałam się ubrać i wyjść ich poszukać, gdy zadźwięczał dzwonek do drzwi. Odnalazły się moje zguby - mąż z ogromnym bukietem kwiatów, a Nadusia z małą różyczką w ręku, zaczęli składać mi życzenia. Prezent mam dostać w sobotę, wówczas zjedzie się cała rodzinka na moją imprezkę urodzinową. Wzruszyłam się strasznie;) Kocham te moje skarby szaleńczo;))) I to oni + mały Okruszek, którego noszę pod sercem, są moim największym prezentem...

13:34, nastusia81
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 12 grudnia 2011
Weekend pełen wrażeń...

Mikołajki minęły bez większego szału. Wiedziona przeczuciem, iż zbiór dusiowych zabawek powiększy swoje zasoby, dzień wcześniej zrobiłam porządek w "starych egzemplarzach" i część, którymi me dziecię się nie bawiło od wieków, zapakowałam i oddałam dzieciom, którym rodzice raczej nie mieli możliwości zapewnić takich atrakcji. Dusia jakoś nie rozpaczała z tego powodu, tym bardziej, iż Mikołaj przyniósł jej stadko kucyków, klocki i plecaczek z żabką. Na szczęście rodzinka posłuchała naszych lamentów i ograniczyła się do mini zestawów;)))

 

Miniony weekend...

Nawet nie wiem, kiedy się skończył. W sobotę wybraliśmy się na Stary Rynek w Poznaniu, by podziwiać mistrzostwa świata w tworzeniu rzeźb lodowych. Nawet Duśka zafascynowana patrzyła, jak zawodnicy operują piłami i z ogromnych brył lodowych czarują istne cuda. Ja osobiście byłam pełna podziwu. Miałam wrażenie, że dla zawodników to żaden trud nadawać lodowym sześcianom kształty mikołajów, ryb, piłkarzy czy elfów ze świata bajek. Szok po prostu i pełen szacun - jak to teraz młodzież mówi. Niestety fotek nie mam, gdyż mój mąż przekonany, iż ma telefon z dobrym aparatem, nie wziął naszego wysłużonego Cyber Shota. Nie przewidział tylko, że tak niska temperatura pokona jego sprzęt. Bateria w telefonie siadła i nie zrobiliśmy ani jednego zdjęcia;( A szkoda, tym bardziej, że pod wieczór owe lodowe rzeźby, podświetlone kolorowymi lampami prezentowały się naprawdę niesamowicie...

W niedzielę natomiast bawiliśmy się całą trójeczką na Balu Mikołajkowym zorganizowanym dla dzieci przez firmę, w której pracuje D. Całe mnóstwo atrakcji i ogrom ludzi onieśmielał Naduśkę, która z lekką rezerwą poruszała się po sali. Do czasu, aż zobaczyła balony, które ostatnimi czasy stoją na czele jej listy ulubionych zabawek. Reszta atrakcji przestała się liczyć, nic ją nie interesowało z wyjątkiem kolorowych gumiaków. Tak więc chodziliśmy za tą naszą córą, szukającą kolejnych stojaków z balonowymi dekoracjami i przy każdej spędzaliśmy po kilka minut. Na chwilkę zapomniała o balonach, gdy stanęła przed tablicą do rysowania i wielkim pudłem kred wszelkiej maści i grubości. Nieziemsko się umorusała, ale rysowała zawzięcie, nawet na dwie ręce, co tak urzekło opiekunkę stoiska, iż obdarowała Dusię wielkim lizakiem. Lizak przyczynił się do kolejnych plam na dusiowej buźce, rączkach i bluzeczce, ale cóż... liczy się radość dziecka, a poza tym w końcu to był bal dla dzieci a nie dla czyścioszków;) Tym razem zabrałam aparat i, mimo przyciemnionych świateł,udało nam się strzelić kilka fotek.

 

1


2

 

4a

 

5

22:01, nastusia81
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2