Moje szczęścia małe dwa...
RSS
środa, 30 marca 2011
Całuśnie się zrobiło;)

Nie wiem, czego to zasługa, ale moja Dunia od jakiegoś czasu strasznie całuśna się zrobiła. Być może poczuła zapach wiosny w powietrzu i motylki miłości i w jej małym ciałku zagościły, bo córcia całuje wszystko i wszystkich, po czym sama często się nastawia i domaga całusów, przytulania i pieszczot. Taka moja mała przytulanka;) Już od samego rana gramoli się z wielkim wysiłkiem między mnie i D. i obdarowuje nas mokrymi buziakami, jeszcze nie zdążę jej przebrać z piżamki, a ona już całusy rozdaje lalkom, misiom i innym zabawkom. Całuje zdjęcia dzieci w gazetach, magnesy na lodówce, swoje rączki. Potem tupta na tych swoich jeszcze niepewnych nowej umiejętności nóżkach i tuli się do mnie, całuje w szyję, policzek... Na spacerze rozsyła całusy dzieciom, paniom, które się do niej uśmiechną, pieskom, kotkom, maskotkom na sklepowych wystawach. No i koniecznie musi z nami iść jej ulubiona lala - dzidzia, której z rąk ostatnimi czasy nie wypuszcza. Cały czas ją przytula, głaszcze i całuje... Miłość czuć w powietrzu, miłość gości w dusiowym serduszku... Fajnie jest mieć w domu takiego całusnego roczniaczka;)))

21:44, nastusia81
Link Komentarze (3) »
wtorek, 29 marca 2011
Akcja "ODSTAWIENIE"

Już od dłuższego czasu chodziła po mej łepetynie myśl, by przestać karmić piersią moją Dusię. Nie żebym tego nie lubiła, wecz przeciwnie. Ale miałam wrażenie, że mała nie najada się do końca i stąd te jej nocne częste pobudki  i domaganie się cycusia. Dusia wówczas faktycznie zasysała się namiętnie, ściągała z piersi to, co tylko się dało i zapadała w sen... do następnego karmienia. I tak potrafiła budzić się nawet co godzinę czy 40 minut;( Tak więc postanowiłam, że spróbuję małą na mieszankę przerzucić. Ale łatwo powiedzieć, trudniej zrobić;( Poprzednie próby skończyły się fiaskiem, po dwóch dniach Dusiek protestował i za żadne skarby świata nie chciał ponownie tknąć butli. Teraz postanowiłam być nieugięta. W zeszłym tygodniu moje plany pokrzyżowała choroba małej. Nie miałam po prostu serca odmawiać jej mleczka, gdy zmorzona gorączką szukała cycusia. I tak odstawianie rozpoczęliśmy dopiero w niedzielę, gdy od kilku dni Dunia już zdrowa była...

Na poczatku mojej drogi macierzyństwa długo i wytrwale walczyłam o laktację i karmienie piersią. Niejedną noc przepłakałam... Nie myślałam jednak, że odstawianie córci od piersi będzie mnie bardziej bolało "psychicznie"...

Pierwsza noc była okropna. Dunia płakała tak żałośnie, że już już prawie się przełamałam i chciałam podać jej pierś. Ale wytrzymałam. Mała po ponad godzinnym płaczu chwyciła butelkę i... opróżniła ją do ostatniej kropelki. Później spokojnie wtuliła się we mnie i zasnęła. Tak blisko siebie spałyśmy do rana. Na śniadanko podałam jej kolejną butlę z mlekiem. Już jej nie tknęła:(

Wczoraj za to trudny dzień był. Nie wiem, czy to kwestia "odstawiania", ale Dusia domagała się noszenia na rękach, tulenia, całowania dosłownie co kilka minut. Miałam wrażenie, że tym drastycznym rozstaniem z cycusiem zachwiałam  jej poczuciem bezpieczeństwa;( Tak więc tuliłam i nosiłam tą moją kurszynkę, by czuła się dobrze i pewnie, że z pola widzenia zniknął cycuś, a nie cała mamusia. Drugiego dnia mała urządziła strajk głodowy. Jadła niewiele, całkowicie odrzuciła kaszkę, nawet jej ulubione biszkopciki i herbatniki nie miały wzięcia. Wieczorem nie chciała tknąć mieszanki, poszła spać na głodniaka. Jednak godzinkę później obudziło ją ssanie w żołądku. Konsekwentnie nie podałam jej piersi, a oferowałam butelkę. Po 5 minutach płaczu córcia wypiła mlekczko i poszła spać. Po raz pierwszy od ponad pół roku obie spałyśmy ciągiem ponad 5 godzin, bez pobudek, płaczu, krzyku...

A dziś... Dziś wieczorem Nadusia nadal próbowała znaleźć cycusia, ale nie płakała, gdy łagodnym głosem mówiłam jej, że już nie mam mleczka, ale może się napić z butelki. Po chwili sama wyciągnęła rączki po butelkę i przed zaśnięciem opróżniła ją do dna;) Jeszcze nie wiem, jak będzie nocka wyglądała, ale jestem dobrej myśli;) Mam nadzieję, że obie ją prześpimy...

Jest jednak i mankament akcji "ODSTAWIANIE". I mój ginekolog i pediatra dusiowa stwierdzili, że jeśli chcę przejść na mleko sztuczne, to definitywnie trzeba Dunię od piersi odstawić, a nie eliminować kolejne karmienia, bo ona jest już za  duża i za cwana, więc jeśli zrezygnuję tylko z jednego karmienia, to córcia szału będzie dostawać "no jak mama, raz dajesz mi cycusia, a raz nie! Co to jest za gra?" Więc decyzja zapadła - przestaję karmić młodą i koniec kropka. Niestety moje piersi, nieprzyzywczajone, od ponad trznastu miesięcy, do nieopróżniania, stały się nabrzmiałe, bardzo tkliwe, wrażliwe nawet na najmniejszy dotyk. Czuję się trochę jak w początkach karmienia piersią, zanim laktacja się unormowała. Powiem szczerze, że nawet zaskoczona jestem, że tak mi ciężko, bo karmiłam Dusię tylko wieczorem, nocą i czasami nad ranem (jeśli zechciała), a w dzień już od bardzo dawna nie, więc myślałam, że piersi łatwo się dostosują do tej zmiany. Niestety się myliłam;( Odciągam minimalne ilości pokarmu, tak tylko, by sobie lekko ulżyć, piję napar z szałwii i liczę na to, że wkrótce sytuacja się unormuje. Nic, idę po laktator, bo czuję że przed snem muszę nim troszkę popracować...

22:36, nastusia81
Link Komentarze (7) »
piątek, 25 marca 2011
Czerwonoplamisty muchomorek;)

Kilka ostatnich dni upłynęło nam pod znakiem wahań temperatury. Już na drugi dzień po wizycie w przychodni diagnoza zapalenia gardła wydawała mi się mocno przesadzona, gdyż Dunia nie przejawiała żadnych oznak owego choróbska. Ani kaszlu, ani chrypki, ani innch symptomów przeziębieniowych... Tylko ta gorączka... No i dziś się sprawa wyjaśniła. Już wczoraj po południu Dunia nie miała temperatury, ani nawet stanu podgorączkowego, a dziś rano obudziła się cała w małych czerwonych plamkach. Na buźce, klatce piersiowej, brzuszku, nóżkach... Wyglądąła jak negatyw muchomorka:) No to nie było innej rady, jak udać się do przychodni i okazać owe nowości skórne pani doktor. Już podejrzewałam, że może to być wysypka po tzw. trzydniówce, ale trochę podejrzane mi było, że małej gorączka dobijała max do 38,5 stopnia, a z tego co wiem, dzieci chorujące na trzydniówkę mają temperaturę nawet powyżej 40 stopni. Zatem, aby się upewnić, czy aby Dusi nie zaatakawoła jakaś wirusówka zakaźna wpakowałyśmy się w auto i siup do przychodni. No i lekarka potwierdziła moje przypuszczenia i uczyniła odpowiedni wpis do książeczki zdrowia. Trzydniówkowa gorączka zmorzyła me dziecię, a teraz na odchodne pozostawiła po sobie ślad w postaci czewonych mini - plamek. Zatem mamy teraz w domu zdrowego, ale czerwonoplamiastego muchomorka;)

13:31, nastusia81
Link Komentarze (2) »
wtorek, 22 marca 2011
No to przywitaliśmy panią wiosnę...

Jak to na wiosnę przystało, jej pierwszy kalendarzowy dzień długo wyczekiwane słońce i ciepło przyniósł. Termometr pokazywał 14 stopni, promienie słońca przyjemnie łaskotały spragnione ciepła policzki... Nic tylko się cieszyć i radować...

Niestety naszą radość zakłócał jeden przykry fakt. Dunia od rana jakaś niewyraźna była, często picia się domagała... Po południu jej oczka szkliste się zrobiły, zaczerwienione i załzawione... Uśmiech z twarzyczki zniknął, jakaś markotna się zrobiła... Termometr poszedł w ruch... i pokazał stan podgorączkowy:( Wieczorem już z noska wodnisty katarek wyciekał, a temperatura dobijała do 38 stopni. Mimo że to jeszcze żadna wielka gorączka, podałam małej Ibum na noc, aby mogła ją przespać. Liczyłam też na to, że rano wróci wszystko do normy. Niestety nie wróciło;( Dziś zadzwoniłam do przychodni, kazali nam przyjść. Czekałam ponad godzinę, zanim przyjął nas lekarz. Osłuchał, obadał i dopiero jak do buźki zajrzał, to jego mina zrzedła. Okazało się, że mała gardło ma zawalone, zaognione - jednym słowem paskudne. Na szczęście osłuchowo jest czysta, więc obeszło się bez antybiotyku. Ale leki przeciwgorączkowe musi brać i Bactrim łykać. Najgorsze w tym wszystim jest to, że ma leżeć i wypoczywać, a jak mam jej to wytłumaczyć? Moje dziecię za żadne skarby świata nie chce dać się położyć. Ledwo żywa, ledwo przytomna, ale siedzi wśród swoich ulubionych zabawek i nie pozwala się stamtąd zabrać. A jak wiadomo na przeziębienie sen i odpoczynek to podstawa leczenia. Dobrze chociaż, że z podaniem leków nie mam problemów, ba mała chętnie pyszczek otwiera. Liczę na to, że wktórce sama padnie i pośpi chociaż ze dwie godzinki...

No to przywitaliśmy panią wiosnę...

13:00, nastusia81
Link Komentarze (3) »
piątek, 18 marca 2011
Inspektor Gadżet i mała pomocnica;)

Jak wiadomo zbliża się kalendarzowa wiosna. I choć aura na to nie wskazuje (plucha, wiart i ziąb na dworze), to me ciało i dusza już myślą o wiosennych porządkach. Tak więc kilka dni temu  opętał mnie inspektor Gadżet i wyszukuje mniej przydatne rupiecie w zakamarkach naszego mieszkania. Jakąś siłą napędową mnie obdarzył, bo dzień w dzień tony niepotrzebnych "przydasiów" lądują w siatach i czekają pod drzwiami na strudzonego pracą męża, by już, teraz, za chwilę je wyniósł na śmietnik. Cieszy mnie to ogromnie, gdyż zaczynam dostrzegać gabaryty naszego gniazdka, kolory ścian czy mebli, na których, pod którymi czy w których do tej pory gnieździły się owe przydasie. Jakoś jasno i przestronnie się zrobiło;) Dusia ma więcej miejsca do rozrabiania... No właśnie... Córcia chyba też załapała inspektora Gadżeta, bo dzielnie mi pomaga w porządkach. A raczej próbuje, co w jej wykonianiu oznacza ponowne przejrzenie siatek i reklamówek czekających na D. Tym sposobem czasami muszę coś dwa razy wpakować w wór, zanim trafi to na śmietnik, ale co tam... Grunt, że dziewczę inwenturę robi i przy okazji sprawdza, czy matka wariatka w tym amoku sprzątania się nie zatraciła i czy aby na pewno wszystko do wyrzucenia się nadaje. No i znajduje cudeńka, które absolutnie muszą wrócić w łaski mamusiowe. Na przykład długaśna, trzymetrowa wstążka serbrno - czerwona od gwiazdkowego prezentu. Przecież fajnie jest ciągnąć ją za sobą, obwijać sobie nią stópki i sprawdzać, czy da się wówczas wstać z podłogi:) Albo czterolitrowa butelka po płynie do kąpieli, która w zeszłym roku służyła jako konewka do podlewania balkonowych kwiatków. Ma się rozumieć, że kwiatków już dawno tam nie ma, więc i butelka wydaje się zbyteczna. Nic bardziej mylnego. Przynajmniej w przekonaniu dusiowym. Nie wiem, czy to kolor, czy rozmiar czy jeszcze coś innego ma takie znaczenie, ale dziecię me stanowczo oponuje, bym pozbyła się wspomnianego okazu z domu. No cóż, przyjdzie mi kupić nowe kwiatki na balkonowe rabatki, by móc jakoś uzasadnić przed sobą pozostawienie zielonej butelczyny w zasobach naszej chatki:) Nic wracam do Duni, bo coś czuję, że zaraz to prawdziwy porządek mi zrobi;)

15:02, nastusia81
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3