Moje szczęścia małe dwa...
RSS
wtorek, 24 maja 2011
Tak źle, tak nie dobrze...

Nie było mnie tu kilka dni... Szczerze, nawet nie pomyślałam o tym, by zajrzeć na bloga. Mimo to dziękuję Wam dziewczyny za słowa otuchy i modlitwę. Wiem, że się powtarzam, ale to naprawdę ważne wiedzieć, że jest ktoś, kto mnie wspiera, choćby "blogowo". Nadal stoimy przed wielką niewiadomą... Jaką decyzję podjąć? Co będzie najlepszym wyjściem? Czy aby napewno to, co wybierzemy będzie słuszne? Myśli nieposkładane kołaczą mi się po głowie... Tak źle, tak nie dobrze...

Mama po konsultacji w Warszawie jest jeszcze bardziej skołowana, a my razem z nią. Wg docena guz nie jest dobrze umiejscowiony, więc nie będzie go można usunąć w całości. Do tego nacieka na nerwy wzrokowe i słuchowe, więc istnieje ryzyko, iż w trakcie usuwania tego cholerstwa dojdzie do uszkodzenia owych nerwów i mama przestanie widzieć na prawe oko, słyszeć prawym uchem lub też dostanie paraliżu prawej strony twarzy;( Poza tym przy częściowej resekcji guza istnieje duże ryzyko, że ów guz szybko odrośnie i będzie potrzebna kolejna operacja;( Z drugiej strony guz na dzień dzisiejszy nie daje objawów chorobowych z wyjątkiem lekkich szumów w prawym uchu, a  przyrost tego typu guzów jest minimalny w ciągu roku (do 2 -3 mm), więc wg lekarza można poczekać pół roku, zrobić ponownie rezonans i zobaczyć, czy guz się rozrósł czy nie. |Jeśli nie to czekać dalej, a jeśli tak, to wtedy zastanowić się nad operacją lub radioterapią... I co lepsze? Poddać się operacji już teraz ze świadomością, że może się znacznie pogorszyć jakość życia (funkcjonowania) mamy, czy poczekać te pół roku, a przez ten czas żyć w niewyobrażalnym stresie, że w głowie mamy tyka bomba, która w każdej chwili może wybuchnąć? Trudna decyzja przed mamą, ale chcemy, aby to ona zdecydowała się na jedną z opcji, żeby to był jej świodomy wybór. Pocieszający jest fakt, iż lekarz powiedział rodzicom, że gdyby to chodziło o jego mamę bądź żonę, to mimo wszytsko doradzałby czekanie i obserwowanie guza, bo przez te pół roku on nie jest w stanie się aż tak rozrosnąć, by zagrozić życiu mamy, a usunąć można go zawsze...

A Dunia, jak to Dunia... Nieświadoma tragedii, jaka nas spotkała, radośnie biega po domu i z dnia na dzień potrafi coraz więcej... Ale o tym może następnym razem;)

21:51, nastusia81
Link Komentarze (6) »
czwartek, 19 maja 2011
Smutek;(((

Dni mijają mi niepostrzeżenie... Minął tydzień od diagnozy mamy... Dzięki temu, że moja siostra pracuje ze wspaniałymi ludźmi (lekarzami innej specjalności) udało nam się szybko zadziałać. Tydzień szpitali, badań dodatkowych, konsultacji, wizyt u lekarzy - neurologów, neurochirurgów... Tomografia komputerowa wykazała podejrzenie guza, rezonans magnetyczny potwierdził tę diagnozę - oponiak. Kolejne badania przed nami. Jutro mama jedzie do Warszawy na konsultację z bardzo dobrym, jednym z najlepszych w naszym kraju neurochirurgów - doc G. Zielińskim. Męczy mnie strasznie fakt, że nie mogę z nią jechać. Nie mam co zrobić z Dunią, D. nie dostanie urlopu, a ja nie chcę jej ciągnąć do Warszawy, siedzieć godzinami w szpitalu. Jest jeszcze za malutka na takie doświadczenia. Jednocześnie przeraża mnie to, że będę tu siedzieć bezczynnie. Już mnie nerwy zrzerają, a jutrzejszego dnia sobie nie wyobrażam... Na szczęście mój tato i siostra pojadą z nią. Nie będzie sama...

Mama jest w kiepskim stanie psychicznym, zagubiona, zdezorientowana, nie spodziewała się (zresztą jak my wszyscy), że banalne szumy w uchu mogą być objawem guza mózgu. Nie była przygotowana na taką diagnozę. Staram się ją pocieszać, ale to takie trudne... Obie płaczemy... W jej oczach czai się lęk o przyszłość, ostatnio mi powiedziała, że tak bardzo chciałaby być z nami, widzieć, jak Dunia rośnie, łobuzuje... Boże, daj mojej mamie siły do walki z chorobą, by nie poddała się zbyt szybko...

Nadal kołacze mi się po głowie, że to jakiś koszmarny sen, że zaraz się z niego obudzimy i zapomnimy o ostatnich kilku dniach... I tylko uśmiech mojej małej łobuziary, jej mięciutkie łapki otulające moją szyję dają mi chwilę zapomnienia...

14:40, nastusia81
Link Komentarze (9) »
niedziela, 15 maja 2011
Wiem, że nic nie wiem;(

Dziekuję Wam dziewczyny za słowa otuchy i modlitwę. Teraz doskonale rozumiem te z Was, które niedawno walczyły, bądź nadal walczą z chorobami swoich bliskich. Takie wsparcie jest naprawdę nieocenione...

Nadal nic nie wiemy. Stres ogromny, lęk i wielka niewiadoma. Mama od piątku jest w szpitalu, zrobili jej szereg badań neurologicznych, które niczego nie wyjaśniły. Miała też rezonans magnetyczny, ale jeszcze wyników nie znamy. Jutro ma się zebrać konsylium i po przeanalizowaniu wyników wszystkich badań lekarze podejmą decyzję co do dalszego leczenia mamy. Denerwujemy się okropnie:( Do tego Dusia chyba wyczuwa, że dzieje się coś złego, bo od kilku dni jest strasznie marudna. Być może to wynik tego, że całymi dniami siedzę w szpitalu. Gdy wieczorem wracam do domu, nie odstępuje mnie na krok, nawet do toalety iść nie mogę, bo zaraz zaczyna okropnie płakać... Ciężko mi z tym wszystkim;(

21:07, nastusia81
Link Komentarze (5) »
czwartek, 12 maja 2011
Tak mi źle;((((((((((((((

Nawet nie wiem, jak to napisać. Tak mi źle, mam mętlik w głowie, ukrywam łzy przed Nadunią... Moja mama od listopada leczyła się na szumy w uchu. Leczenie laryngologiczne  nie przynosiło rezultatów. Poszła do neurologa, ten skierował ją na tomografię komputerową. Zrobiliśmy ją prywatnie, bo na fundusz czeka się ponad pół roku. Dziś mama odebrała wyniki... Ma podejrzenie oponiaka. Guz mózgu, który rozpanoszył się w jej głowie ma ponad 4 cm... Jestem przerażona i zagubiona... To nie może być prawda...

21:27, nastusia81
Link Komentarze (6) »
wtorek, 10 maja 2011
Survival na całego...

"Anioł, nie dziecko" Niestety powiedzenie to nadal nie dotyczy mojej córci;( W kwestii zachowań nic od wczoraj się nie zmieniło, więc powtarzać się nie będę. Powiem tylko tyle, że pomału potrafię się wyłączyć w momentach, gdy Dusia wchodzi na wysokie tony i krzykiem próbuje osiągnąć jakieś rezultaty. Szczerze, nie podejrzewałam się o to, tak jak nie podejrzewałam się o stoicki spokój, gdy po raz tysięczny mała uderza w płacz. Powtarzam sobie "... to minie, przejdzie, ma gorszy dzień..." i czekam, aż upłakana i udręczona Dunia sama do mnie przyjdzie i się przytuli... Mam wrażenie, że ona czegoś chce, ale nie potrafi tego ani powiedzieć, ani pokazać;( Z całą pewnością czułości i bliskości, bo gdy tylko znajdzie się w moich ramionach, pomału się wycisza i uspokaja... Cóż matka, zatem tul i lulaj swoje dziecię, bo się tego domaga!

A dziś Dusia zaserwowała nam niezły pokaz, ciśnienie podniosła i o mało o zawał nie przyprawiła. Po drzemce popołudniowej siedziała jeszcze w łóżeczku, gdy D. odkładał dokumenty do szafki. Nagle słyszę krzyk D. Wbiegam do sypialni i widzę bladego męża i córkę na naszym łóżku - bardzo zadowoloną, śmiejącą się w głos... D. powiedział, że właśnie mała podciągnęła się na rączkach (stojąc w łóżeczku), przechyliła i zrobiła salto przez barierki... Na szczęście w stronę naszego łóżka, a nie w drugą - gdzie spadłaby na podłogę. Szok, niedowierzanie, łomotanie serca. Przecież mogła sobie zrobić ogromną krzywdę, nie mówiąc o jeszcze bardziej przerażającym finale jej wybryku:( Nie mam pojęcia, jak ona to zrobiła, przecież materac był już obniżony na ostatni poziom! A producent mówi, że w tym łóżeczku mogą spać dzieci do 3 roku życia. Dusia ma niecałe 15 miesięcy i najniższe ułożenie materaca nie jest dla niej bezpieczne!!! Zaraz kombinowaliśmy co tu zrobić, by jeszcze kilka miesięcy mogła z niego korzytsać. Okazało się, że bardzo nisko są jakieś otwory, w których udało się zamocować stelaż i jeszcze bardziej obniżyć materac. Co prawda te dziury nie do tego miały służyć, ale w nosie to mam. W końcu tu chodzi o zdrowie mojego dziecka. Teraz, gdy mała stanie w łóżeczku na nózkach, to górne barierki sięgają jej brody. Mam nadzieję, że nie ma w rączkach tyle siły, by się podciągnąć aż na taką wysokość...

Co się stresów najadłam to moje;(

A właśnie... A propo jedzenia. Moje blogowe kumpelki, trzymajcie za mnie kciuki, gdyż od jutra jestem na diecie kopenhaskiej. To trudna, monotonna i małoenergrtyczna dieta, ale trwa tylko 13 dni i co najważniejsze - daje efekty w postaci utraty kilogramów. Stosowałam ją w życiu dwa razy, za każdym razem schudłam 6,5 i 8 kg, więc mam nadzieję, że tym razem rezultat będzie podobny:)

22:36, nastusia81
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2