Moje szczęścia małe dwa...
RSS
niedziela, 31 lipca 2011
Kołobrzeg przywitał i pożegnał nas deszczem...

Wróciliśmy;) Lekko opaleni, zrelaksowani i wypoczęci, choć pogoda nie do końca nam dopisała. Wyjeżdżaliśmy z Poznania w strugach deszczu i Kołobrzeg nas deszczem przywitał;( Na szczęście po krótkim czasie słońce wyjrzało zza chmur i łaskotało nas swoimi ciepłymi promykami:) Cztery dni spędziliśmy w domku, gdyż padało non stop, nawet w nocy;( Ale w pozostałe dni aura pogodowa była dla nas łaskawa. Spacerowaliśmy, zwiedzaliśmy stare kąty, obżeraliśmy się smażonymi rybami i racuchami z jagodami. Pojechaliśmy do Ustronia Morskiego i Dźwirzyna, a tam rozkoszowaliśmy się lodami, jakich w życiu nie jedliśmy;) Mama rozpieszczała Duśkę do granic możliwości. Gdybym jej lekko nie stopowała wszystkie pieniądze wydałaby na prezenty dla wnusi. I choć wiem, że zapewne tym "hamowaniem" częściowo psułam jej radość, to musiałam to robić. W końcu cały rok ciężko z tatą pracują, ostatnie tygodnie i miesiące były dla nich szczególnie trudne, więc im też się od życia coś należy. Z trudem udawało mi się namówić rodziców, by spędzili choć chwilę sami, w swoim towarzystwie, kupili sobie tylko coś dla siebie... Największą radość mieli z obcowania z Dunią, a moja córcia wcale do "łatwych dzieci" nie należy. Trzeba mieć oczy dookoła głowy i nie tylko, sił mnóstwo do biegania za moją wszędobylską kruszynką i cierpliwości tonę, bo Naduśka to charakterna babka i jak już się na coś uprze to nie ma mocnych, zdania nie zmieni - no chyba, że d się przekupić jogurcikiem lub Kinderkiem;) A dziadkowie zrobią dla wnusi dosłownie wszystko. Wystarczyło, że Dusia zawołała "dziadziu! baba!" i już oboje byli obok niej;) Ach ta moja córcia, dobrze wie, jak sobie owinąć dziadków wokół paluszka;)))

W dniu powrotu też padało i to tak mocno, że zaraz po śniadaniu wsiedliśmy w samochód i ruszyliśmy do Poznania. W planach mieliśmy spacer i pożegnanie się z morzem, ale deszcz nam to uniemożliwił. Mimo to wakacje uznajemy za udane. Jedyny minus to fakt, iż trwały zdecydowanie za krótko;( No cóż - wszystko co dobre, szybko się kończy. Najważniejsze, że rodzice wypoczęli. Myślę, że przez ten czas mama choć na chwilę zapomniała o chorobie, a przynajmniej się do niej zdystansowała. Raz jeden, gdy nasi mężczyźni zajęli się Dusią, a my poszłyśmy na spacer, popłakała się i przepraszała mnie, że popsuła nam wakacje. Że przez nią nie możemy w pełnym słońcu leżeć na plaży (lekarz mamie tego zabronił), że przez nią nie wypoczywamy, jak chcemy. Starałam się jej wytłumaczyć, że my i tak nie lubimy leżenia plackiem na plaży i nawet, gdyby ona mogła, to my z D. byśmy z nimi nie siedzieli godzinami i się nie opalali i że dla nas najważniejszy jest czas wspólnie spędzony, nieważne jak, byle razem. Poza tym to przecież tak naprawdę to rodzice mieli narzucone ograniczenia rytmem dnia naszej córci (sami tego chcieli decydując się zawsze być z nami i nigdzie nie chodząc tylko we dwoje). Mama stwierdziła, że jej tak dobrze, że Dusia daje jej tyle radości, że chce z nią spędzać jak najwięcej czasu... Moja ukochana mama;)

Na koniec kilka fotek z wakacji. Jak zgram zdjęcia z aparatu rodziców, to może wrzucę ich więcej.


Zabawy na piasku:)

zabawa na plaży

 

Zachwyt nad biedronką;) Biedna - ledwo przeżyła dusiowe pieszczoty;)

biedronka

 

Wczesny zachód słońca...

zachód

 

"Trzy gracje" - ja z Nadusią i moją siostrą, która odwiedziła nas w weekend;)

trzy gracje

22:13, nastusia81
Link Komentarze (5) »
piątek, 15 lipca 2011
Iskierka nadziei:)

Nie miałam ostatnio czasu zaglądać na bloga. Dziś czynię wpis, gdyż pojawiła się iskierka nadziei dla mojej mamy i po prostu muszę to opisać;) Ostatnie dni i tygodnie upłynęły nam pod znakiem szukania pomocy, której nigdzie nie mogliśmy uzyskać. W Gliwicach spotkaliśmy się z odmową leczenia mamy i skierowano nas do Poznania na radioterapię radykalną. W Poznaniu pani doktor zapisała mamę na radioterapię, ale od razu powiedziała, że nie da ona rezultatu, gdyż guz jest za duży i należałoby go choć w części usunąć przed naświetlaniami. No tak, fajnie mówić, gorzej zrobić. Każdy neurochirurg, do którego poszliśmy twierdził, że guz nie daje bardzo uciążliwych objawów, więc nie należy go ruszać, bo jego część jest położona w bardzo niebezpiecznym miejscu;( No i kółko się zamykało. Spotkaliśmy się z profesorem neurochirurgii z Poznania, który podjąłby się zoperowania maminego guza, ale tylko na tyle, by zmniejszyć go do 3cm i dalej poddać radioterapii stereotaktycznej (właśnie w Gliwicach, gdzie teraz powiedziano, że guz jest za duży, albo w Czechach - ale tam już nie na NFZ i koszt wynosiłby ok. 30.ooo). W końcu, dzięki mojej siostrze, udało się mamie dostać na konsultację do Sosnowca i tam neurochirurg specjalizujący się w usuwaniu oponiaków zdecydował się przeprowadzić operację usunięcia większości guza, oczywiście z pominięciem "sfery krytycznej". Bardzo dokładnie i szczegółowo wyjaśnił mamie, jakie mogą być skutki operacji (suchość gałki ocznej, sztywność dolnej szczęki po prawej stronie i na stałe uczucie, jak po znieczuleniu zęba), ale jednocześnie powiedział, że zrobi wszystko, co w jego mocy, by nie uszkodzić tych nerwów i by po operacji mama funkcjonowała normalnie, a jej jakość życia nie uległa pogorszeniu. I co jeszcze jest ważne - wg niego, jeśli operacja przebiegnie bez komplikacji, prawdopodobnie radioterapia nie będzie już potrzebna (chyba że guz zacznie odrastać), a mama dożyje późnej starości;))))) Tak więc dał mamie nadzieję, którą do tej pory każdy lekarz odbierał;) Wiadomo, że operacja też jest ryzykowna, bo to w końcu mózg, ale jeśli się wszystko uda...

I zbieram rodziców na wakacje;) Pan doktor powiedział, że jak najbardziej mama ma pojechać, wypocząć, zrelaksować się, bo operacja prawdopodobnie będzie pod koniec sierpnia (takie terminy na NFZ, a że guz na razie nie stwarza zagrożenia życia, to nie ma potrzeby robienia jej już natychmiast), więc bez sensu, by teraz siedziała w domu. A poza tym ma nabrać sił, by do operacji przystąpić zdrowa, silna i jak najmniej zestresowana. Rodzice uwielbają morze, słońce, piasek. Co roku jeżdżą do Kołobrzegu, mają tam swoją "metę" u bardzo sympatycznych ludzi, znają wszystkie kąty, uwielbiają smażone ryby i racuchy z jagodami serwowane w portowych knajpkach... Także w poniedziałek wyruszamy nad nasze polskie morze i wrócimy za dwa tygodnie;) Mam nadzieję, że pogoda nam będzie sprzyjać, chwycimy odrobinę promieni słońca i wygrzejemy stopy w ciepłym piasku:)

PS. Dusia stała się szczęśliwą posiadaczką kolejnych dwóch ząbków - tym razem górne trójeczki. Tym samym w jej buźe mieszka już 16 - tu białych lokatorów. Zostały jeszcze piątki i całe mleczne uzębienie będzie w komplecie;)

14:42, nastusia81
Link Komentarze (11) »
środa, 06 lipca 2011
Nie mogę zobie znaleźć miejsca:(

Dziś ten wyjątkowo ważny dzień. O 4.oo rano D. wyruszł z rodzicami do Gliwic. Tam w Centrum Onkologii lekarze mają zadecydować, czy mamy oponiak kwalifikuje się do leczenia najnowocześniejszą metodą radioterapii przy użyciu Cyber Knifa. Denerwuję się okropnie. Oczywiste było, że nie pojadę z nimi, bo jazda z Dunią samochodem przez pół Polski i ciąganie jej godzinami po szpitalu mija się z celem, jednak tu w domu ciężko mi usiedzieć w jednym miejscu. Moje myśli krążą wokół choroby mamy i gliwickiego szpitala... Wiem, że szczęśliwie dojechali już i czekają w kolejce do rejestracji. Mąż ma do mnie zadzwonić, jak już będą wiedzieli coś konkretnego. Niestety może to potrwać nawet kilka godzin, gdyż w szpitalu na badania i podobną decyzję czeka mnóstwo ludzi...


***************************************

Rodzice jeszcze są w trasie. Ze szpitala wyszli po 16.00. Niestety nie mają dobrych wieści;( Oponiak w głowie mamy jest na tyle rozległy, że nie nadaje się do terpii Cyber Nożem. Musi zostać poddana radioterapii radykalnej, co wiąże się z o wiele większymi powikłaniami, dłuższą hospitalizacją (6-7 tygodni) i co za tym  idzie - gorszym samopoczuciem. Dodatkowo okazuje się, że nie ma czasu i musi się już jutro zgłosić do szpitala. Nie możemy w żadnym wypadku jechać na wakacje nad morze (mieliśmy pojechać od 18 lipca na dwa tygodnie), bo każdy dzień zwłoki działa na niekorzyść mamy, zmniejsza szanse na wyleczenie. Mama jest przerażona, płakała, gdy z nią rozmawiałam przez telefon. Kolejne drzwi się przed nią zamykają. Mam wrażenie, że bardzo ją podłamała decyzja gliwickich radioonkologów...

Tak bardzo się boję...

09:35, nastusia81
Link Komentarze (10) »
wtorek, 05 lipca 2011
Czekolady smak...

Gdy dziecko pozna czekolady smak, nie może się jej oprzeć. Tak, jak dorosłego, kusi, nęci i namawia do słodkiego grzechu, a wiadomo, że małe bąbelki siłę woli mają raczej znikomą i po prostu, jak czegoś chcą, to muszą to mieć...

Dusia spróbowała kinderka jakieś trzy tygodnie temu i... pokochała jego smak nie mniej niż swoje "trzi bam". Raz na kilka dni pozwalam jej się rozkoszować swoją ulubioną łakocią, ale mała zapewne stwierdziła, że matka za bardzo ogranicza przyjemności i postanowiła sama się obsłużyć. A że nie było pod ręką Kinderka, to zadowoliła się delicją, skradzioną ze stolika kawowego. Gdy weszłam do pokoju zastałam taki oto widok;)


łakomczuch


łakomczuch2


Na szczęście Dusia nie czuła się źle i brzuszek jej nie dokuczał po takim łakomstwie:) A ja już wiem, że nie można zostawiać słodkości w zasięgu mojej córci;)

07:19, nastusia81
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 04 lipca 2011
Jak łatwo można dziecku sprawić radość...

Jakieś dwa tygodnie temu, gdy byłyśmy z Dusią w Pepco, mała zauważyła na półce paczuszkę trzech małych kolorowych piłeczek. Nie chciała odejść od regału, nic więcej ją nie interesowało. Zachwycona wołała na cały sklep "bam" i "bam" (co w jej języku oznacza "piłka"), stawała na paluszkach i wyciągała rączki ku kolorowym kuleczkom, wielkością niczym nie różniących się od pimpongowych. Do tego kiepsko się odbijały od podłoża. Wg mnie nic specjalnego, ale skoro córcia zwariowała na punkcie tych piłeczek, to postanowiłam zakupić dusiowy przedmiot pożądania, tym bardziej, że moja kieszeń nie bardzo na tym ucierpiała, gdyż owe piłeczki kosztowały całe 3,99. I...

Od tego czasu mała nie rozstaje się ze swoimi "bam". Piłeczki towarzyszą nam przy śnidaniu, obiedzie i kolacji, na spacerze, koniecznie muszą uczestniczyć też w kąpieli. Dusia nawet przez sen je przywołuje. Mała spryciara doskonale wie, ile ich jest i za każdym razem wszystkie trzy muszą znajdować się w jej zasięgu. Inaczej jest tragedia i zarządzamy wówczas ogólnorodzinne poszukiwania BAM. Mała chodzi po domu i powtarza :"trzi bam", a gdy je znajdzie woła "jes" i już jest na powrót szczęśliwa. I czym jeszcze mnie zadziwia. D. raz jeden nazwał je kolorami (różowa, zielona i niebieska) i nasza mądrala na zawołanie potrafi podać piłeczkę w wybranym przez nas kolorze:) Prawie nigdy się nie myli, a jeśli nawet, to zaraz sama się poprawia:)

Jednym słowem nie miałam pojęcia, że tyle radości sprawię Dusi, dając jej trzy kolorowe piłeczki...

piłeczki

21:27, nastusia81
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2