Moje szczęścia małe dwa...
RSS
poniedziałek, 31 października 2011
Akcja ODEJŚCIE SMOKA

Ogłaszam wszem i wobec, że akcja ODEJŚCIE SMOKA zakończyła się sukcesem w pełnym tego słowa znaczeniu;)

Dusia od 24 października nie miała smoczka w buzi. Wbrew moim wyobrażeniom nie było żadnej tragedii. Mała ani razu nie zapłakała, nie szukała smoczka, nie dopominała się go. Kilka razy zapytała "gdzie dyduś?", a na moją odpowiedź, że się zgubił przytakiwała głową i mówiła "buziak" (łobuziak). Najlepszym dowodem na to, że się z nim pożegnała jest fakt, iż w weekend mieliśmy mały kryzys zdrowotny, kilka rzadkich kupek, pokasływanie i temp. do 37,9 i obyliśmy się bez smoka. Mimo, że Dusia w nocy spała niespokojnie, często się budziła, wystarczało jej przytulenie, pogłaskanie i znów zapadała w sen. Gdy na początku września była przeziębiona, dyduś był jej nieodłącznym przyjacielem, teraz nawet o nim nie wspomniała;) Mogę zatem oficjalnie powiedzieć, że pożegnaliśmy silikonowego przyjaciela na zawsze:)

Swoją drogą bardzo zaskoczyła mnie ta jednodniowa niedyspozycja dusiowa. W sobotę mała zrobiła cztery nieciekawe kupki, pokasływała. Temperatura pojawiła się późnym wieczorem, rano w niedzielę Dusia miała tylko 37st.C, ale po południu już było ok. Kupki też wróciły do normy. Jeszcze pokasłuje od czasu do czasu, ale poza tym nie wykazuje żadnych objawów chorobowych. Lekarka na pomocy doraźnej stwierdziła, że albo pójdzie to w stronę przeziębienia, albo Dusia rozkręci się "brzuszkowo" i biegunka się zaostrzy. Na razie nic na to nie wskazuje. Mała dokazuje, jest żywa, pogodna i tylko figle jej w głowie. I zastanawiam się tylko, czy we Wszystkich Świętych ciągnąć ją na cmentarz. Boję się, że duże grono ludzi, a co za tym idzie mikrobów i pogoda nieciekawa spowodują, iż osłabiona biegunką, temperaturą i kaszlem Duśka załapie jakieś gorsze paskudztwo. Poza tym  w rodzinie jest kilka osób, które mają w głębokim poważaniu moje prośby o niecałowanie i nie ściskanie mojego dziecka. Jesień, okres przeziębień, wszędobylskich mikrobów i zarazków. Czasami siedzi w nas coś, czujemy się niepewnie... W życiu nie przyszłoby mi do głowy, by całować czyjeś dziecko i to jeszcze w usta! Strasznie mnie to irytuje, gdy baba, którą córcia widzi raz w roku, całuje ją nachalnie i ślini z każdej strony. Może jestem zaborcza, ale to normalne, że gdy dziecko, które na co dzień nie ma styczności z tyloma osobami nagle jest wystawione na taki kontakt, to ma większe szanse złapania choróbska! I czy się komuś to podoba, czy nie, to mówię o tym głośno.  

11:02, nastusia81
Link Komentarze (10) »
wtorek, 25 października 2011
Mały wielki sukces;)

Naduśka od urodzenia miała w posiadaniu smoka. Niestety moje założenia z czasów ciąży, iż nie chcę dawać dziecku smoczka legły w gruzach już w szpitalu. Byłyśmy tam przez tydzień czasu po porodzie, mała płakała non stop, po prostu darła się niemiłosiernie i za nic nie byłam w stanie jej uspokoić. Pierś ją irytowała, bo nawał pokarmu sprawił, że zamiast dwóch średniej wielkości piersi miałam dwie nabite piłki do kosza sikające hektolitrami mleka. Położna poradziła mi, żebym poprosiła męża o przywiezienie smoczka, bo widocznie córka ma niezaspokojoną silną potrzebę ssania. Wyczerpana, zagubiona poprosiłam. Przywiózł... Dałam małej smoczek i skończył się przeraźliwy krzyk. Moje dziecko przestało płakać...

Smoczek był ulubieńcem Dusi do 6 miesiąca. Później sama traktowała go raczej jako gryzak, w ciągu dnia w ogóle się go nie domagała. I tu popełniłam błąd, bo już wtedy powinnam całkowicie się go pozbyć. Ale mała lepiej zasypiała i spała w nocy, gdy miała pocieszyciela obok siebie. Tak więc z czystego egoizmu pozwoliłam jej nadal cieszyć się bliskością silikonowego przyjaciela. A gdy chciałam jej go zabrać, Dusia przyzwyczaiła się do "dydusia" tak bardzo, że nie było mowy o usypianiu bez niego...

W przyszłym tygodniu mój mężuś ma urlop i postanowiliśmy wówczas przeprowadzić akcję "WYJŚCIE SMOKA". Po pierwsze dlatego, że już czas najwyższy (córcia skończyła 20 miesięcy), a po drugie dlatego, że Dusia już tak pogryzła swojego "dydusia", że bałam się, iż w nocy we śnie może odgryźć kawałek silikonu i się nim zadławić;( Zakładaliśmy, że bez płaczu i protestów się nie obędzie i nasza podwójna obecność będzie wskazana. A tu niespodzianka. Dziś moja Nadusia po kąpieli domagała się - jak co dzień - "dydusia", a ja w żartach powiedziałam, że łobuziak się gdzieś schował i jutro go poszukamy. Myślałam, że mała zacznie płakać, a ona pokiwała główką i spytała, czy "kaki mogą nyny". Zgodziłam się, a ona po prostu wrzuciła do łóżeczka dwie gumowe kaczuszki, położyła się z nimi w rączkach i... zasnęła;) Zero płaczu, zero lamentu, zero krzyku;))) Jestem w szoku niesamowitym;))) Wiem, że jeszcze za wcześnie się cieszyć, bo jutro może sobie o nim przypomnieć, ale najważniejsze, że pokazała, że potrafi bez niego usnąć. Mi teraz też będzie łatwiej być bardziej konsekwentną i nie dawać jej smoka. Trzymajcie kciuki kochane blogowe koleżanki, nie za Dusię, ale za mnie - żebym się nie złamała i wytrwała w postanowieniu!

22:17, nastusia81
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 24 października 2011
:))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))

Dziś byliśmy na kolejnej wizycie kontrolnej.  Krwiak, który od początku ciąży spędzał mi sen z powiek i jeszcze dwa tygodnie temu straszył średnicą ponad 2cm, wchłonął się, nie ma po nim śladu;) Zniknął całkowicie i zrobił miejsce dla naszego dzieciątka, które rośnie, jak na drożdżach. Maleństwo ma już ponad 4 cm i rozwija się prawidłowo. Oby tak dalej mój okruszku;) Jestem niesamowicie szczęśliwa...

21:20, nastusia81
Link Komentarze (10) »
piątek, 21 października 2011
...

Nadal nie mogę się zmobilizować, by pisać cokolwiek na blogu. Mdłości mi żyć nie dają;( Teraz już wiem, jak czują się psy. Biedne są te stworzenia, jeśli na co dzień odczuwają miliony zapachów na raz tak, jak ja teraz;( Muszę jeszcze troszkę wytrzymać, będzie dobrze, taką mam przynajmniej  nadzieję...

Niestety krwiak nadal jest i chyba nie ma zamiaru mnie opuścić;( W poniedziałek kolejna wizyta u lekarza, kolejne usg. Troszkę się boję, że jest gorzej niż było. Do mdłości i chronicznego niewyspania dołączył ból brzucha. Taki troszkę dziwny, bo dokucza mi w górnej części brzucha. Nadal nie krwawię, więc może to jednak kłopoty z żołądkiem? Tak się pocieszam i modlę do Boga, by chronił moje maleństwo...

Swoją drogą, aż trudno mi uwierzyć, że weszliśmy już w 11 tydzień. Tak niedawno robiłam test, a tu zaraz zakończymy I trymestr. Czas leci nieubłaganie. I tak jakoś smutno mi, że ta ciąża przebiega mniej zauważona. Z Dusią miałam czas na celebrowanie każdego dnia tego wyjątkowego stanu, na rozmyślanie o dzidzi mieszkającej pod moim sercem... Może to i lepiej, że teraz tego czasu mi brakuje, bo zastanawiałabym się nad tym, czy ten cholerny krwiak bardzo zagraża naszemu okruszkowi. Nerwy zapewne by mnie zżerały, a jak powiedział mój lekarz - teraz to tylko spokój, relaks i odpoczynek ma mnie interesować. Staram się nie myśleć za bardzo o zagrożeniu, ale czasami to takie trudne... Gdy słyszę, że jedna moja koleżanka poroniła w 12 tygodniu ciąży, a druga w 16, do oczu łzy mi napływają i lęk o tę kruszynkę nasila się w dwójnasób...

Dusieńka za to wynagradza mi te wszystkie smutki i troski. Uśmiechnięta, radosna biega po domu, wypełnia sobą każdą przestrzeń, każdy kąt. Do tego zrobiła się bardzo odważna i  spryciula zaczyna walczyć o swoje. Gdy jej się coś nie podoba, robi groźną minkę i zaraz słyszę "Musiu, cicho!" Wyobrażacie sobie, małą spryciulę? Już teraz próbuje matkę ustawiać! 

Ostatnio weszła do mnie na chwilkę koleżanka - sąsiadka z piętra wyżej. Aga mówi do Dusi "Pójdziesz ze mną do Adasia i Wojtusia? Mamy dużo zabawek!" Co na to moja córka? "Tak!" i podała sąsiadce rękę i już jej nie było. Po jakiś 10 - 15 minutach zachodzę na górę, a Dusia w najlepsze siedzi pośrodku góry zabawek i nie ma zamiaru wracać do domu. Mówię do niej: "Chodź Naduniu, Wojtuś już musi iść spać". Dusia z płaczliwą minką: "Nie domu, u cioci chce!" Pytam: "To mam iść sama do domu?" "Tak, mama domu, pa - pa" pomachało mi dziecko rączką, nawet się do mnie nie odwracając. Tak oto moja córcia dała się przekupić toną zabawek;)

Kocham Cię moja córeczko;)

14:11, nastusia81
Link Komentarze (8) »
piątek, 07 października 2011
Rozterki matki - ciężarówki...

Długo się nie odzywałam, więc przepraszam te z Was blogowe koleżanki, które się martwiły i słały wiadomości z zapytaniem, co u nas. No właśnie...

Bez zmian. Jestem po badaniach w szpitalu. Krwiak się nie wchłonął, nawet się nie zmniejszył;( Wg lekarza należy się cieszyć, że się nie powiększył. Dzidziuś rośnie, nie krwawię, nie mam bóli brzucha, więc wg niego musimy czekać dalej. Żadne leki tu nie zadziałają, tylko oszczędny tryb życia i czas... Mamy się nie denerwować... Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać;(

Odpoczywanie i "bardzo oszczędny tryb życia" przy mocno rozbrykanym półtoraroczniaczku to zgoła absurdalne pojęcia;( Poza tym nie chcę też, by mała odczuła, że mniej się nią zajmuję, więc zamieniłam zabawy dynamiczne na bardziej statyczne. Przytulam ją często i mówię, jak bardzo ją kocham. Czytamy książeczki, rysujemy, bawimy się klockami... Przykro mi strasznie, gdy mała chętna do wygłupów prosi "mamuś choć!", a ja nie mogę spełnić jej życzenia. Tłumaczę jej "Nadusiu nie mogę z tobą iść, bo mnie boli brzuszek" i jednocześnie łzy mi się do oczu cisną, bo moja mała mądralka, jakby rozumiała powagę sytuacji, woła "z tatusiem skakać!" i podbiega do mnie, całuje mnie w brzuszek i mówi "nie boli, nie boli" Kochane moje słoneczko;) Tak bardzo bałam się, by kolejna ciąża nie zabrała Nadusi mojego czasu, uwagi i poświęcenia i moje obawy się spełniły. Chciałam, by czas, zanim pojawi się na świecie drugi okruszek był tylko dla niej, bo wiem, że później może mi go brakować. Nie chcę, by czuła się zaniedbana czy niekochana... Takie rozterki matki i początkującej ciężarówki...

Do tego nie czuję się zbyt dobrze, gdyż mdłości towarzyszą mi praktycznie cały dzień. Na szczęście to tylko mdłości, bo gdy byłam z Dusią w ciąży, to na tym etapie obejmowałam WC 24 h na dobę, nie byłam w stanie utrzymać w żołądku nawet wody mineralnej;( Odwodnienie, wymioty, szpital, kroplówki z elektrolitami... Teraz mdli mnie okropnie, ale na tym się kończy - zaliczyłam tylko jeden epizod z WC:) No i dopadło mnie chroniczne, wręcz nieziemskie zmęczenie. Rano wstaję i już myślę o dusiowej drzemce, bo wtedy i ja padam na poduszki. Wieczorem, gdy tylko mała zamknie oczy i w jej pokoiku zalegnie cisza, wskakuję pod kołdrę i mnie nie ma. Po prostu zbliża się godzina 21.00, a ja nie mogę oczu utrzymać otwartych;( Dlatego też tak rzadko zasiadam do kompa. Nie mam po prostu na to siły;( Liczę na to, że i mdłości i zmęczenie miną wraz z I trymestrem i później już będzie dobrze;)

10:03, nastusia81
Link Komentarze (10) »